RSS
sobota, 07 lipca 2012

Teraz o wszystkich perypetiach wagabundów dwóch w różnych zakątkach świata - tych minionych i tych nowych - przeczytać można w jednym miejscu, na:

los2vagabundos.blogspot.com

Wkrótce znów wyruszamy, więc do zobaczenia i przeczytania tamże.

end of road

sobota, 22 stycznia 2011

15:16, los2vagabundos
Link Komentarze (4) »
piątek, 21 stycznia 2011

o niewykorzystanym potencjale

Sri Lanka to fantastyczny kraj. Ma do zaoferowania wszystko, czego turysta (nawet z tych bardziej rozkapryszonych) może tylko zapragnąć; piękną i dziką przyrodę, zabytki z listy światowego dziedzictwa UNESCO, szerokie rajskie plaże nad ciepłym oceanem, bogatą kulturę, sok prosto z kokosa, słonie, małpki, leopardy, curry, góry, jogę, ajurwedę, surfing i pyszną herbatę. Ma też przemiłych, wiecznie uśmiechniętych mieszkańców, którzy niekoniecznie traktują białasów, jak chodzące bankomaty (choć tacy też się oczywiście zdarzają). Ma transport publiczny i drogi (co wcale nie wszędzie jest normą), więc podróżowanie na własną rękę jest jak najbardziej możliwe, a nawet w miarę proste. Sri Lanka naprawdę ma potencjał. Olbrzymi i mocno niewykorzystany.

Fakt, że kraj jest biedny i nie ma środków na infrastrukturę, że niespełna 60 lat niepodległości mogło nie wystarczyć na jej właściwy rozwój, że wojna domowa uniemożliwiła bądź zahamowała wiele inicjatyw gospodarczych, a tsunami dokonało zniszczeń na skalę, jaką trudno sobie nawet wyobrazić. Mimo wszystko jednak, podróżując po Sri Lance ma się wrażenie, że wiele rzeczy nie zostało zrobionych, choć ich realizacja nie wymagałaby wcale zachodu.

o niewykorzystanym potencjale

Lankijczycy mają chyba trochę tendencje do przyjmowania wszystkiego takim, jakie jest i nieingerowania za bardzo w zastany stan rzeczy. Jak przechyla im się chata, to podpierają ją drągiem, jak coś odpada od samochodu – przywiązują sznurkiem. Nie widzą potrzeby malowania całej ściany, skoro farba zeszła tylko miejscami. Jak długo zachowana jest funkcja użytkowa, względy estetyczne nie mają znaczenia. Takie Kandy na przykład, to duże, dynamiczne miasto, ale jego zabudowa wygląda tak, jakby od czasów kolonialnych nie powstał tu ani jeden nowy budynek. Wszystko jest jakoś dosztukowane, doklejone, przybudowane, a nieodnowione fasady zasłaniają tylko kolorowe szyldy supermarketów. Galle mogłoby być spokojnie azjatyckim Dubrovnikiem. Zamiast tego sypie się niemal na oczach zachwyconych turystów, którzy mogliby tu przecież zostawiać dużo więcej kasy. I miasto mogłoby rozkwitać.

o niewykorzystanym potencjale

Z zostawianiem na Sri Lance pieniędzy czasami bywa tak, że mimo najszczerszych chęci, zwyczajnie nie ma ich gdzie zostawić. Nawet w miejscach z założenia nastawionych na turystów, jak parki narodowe, muzea czy skanseny, brakuje tego wszystkiego, na czym przemysł turystyczny zwykle zarabia dodatkowe i często znaczące grosze: sklepiku z pamiątkami, stoiska z pocztówkami, kawiarenki. Prowiant zawsze należy mieć ze sobą, pojęcie suweniru ze Sri Lanki praktycznie nie istnieje. Czasem nie istnieje też sposób dotarcia na miejsce żadnym publicznym środkiem transportu. Czasem można dotrzeć, ale nie można trafić, bo światowej klasy zabytki czy inne atrakcje turystyczne nie są nawet oznakowane. To może zniechęcać mniej zdeterminowanych.

Nie piszemy o tym bynajmniej, by dać wyraz rozczarowaniu. Dla nas, im mniej turystów, tym lepiej, im mniej komercyjnie, tym atrakcyjniej, im trudniej dotrzeć, tym większa radocha. Jak najdalsi jesteśmy od promowania masowego przemysłu turystycznego, przez który najbardziej urokliwe zakątki świata stają się jedynie przekolorowanymi fotografiami w katalogach biur podróży. Żałujemy jedynie, że w kraju, dla którego turystyka mogłaby być potężnym motorem napędowym, marnuje się wielki potencjał.

o niewykorzystanym potencjale

wtorek, 18 stycznia 2011

Po traumatycznych przeżyciach w Kolombo, Mirissa wydaje nam się rajem na ziemi. Mała, cicha, nieprzeludniona i bez kurortu. Na nasze szczęście, większość kurortów wybetonowano na zachodnim wybrzeżu. Południowe, przynajmniej to w Mirissie, wciąż jeszcze wolne jest od zorganizowanej plagi turystycznej first i last minute. Nic tu w zasadzie nie ma, nic się nie dzieje i to nam się bardzo podoba.

o mirissie

Ludzie są za to – a raczej właśnie dlatego – uśmiechnięci, wyluzowani i szczerze gościnni. Niezmęczeni jeszcze obecnością turystów, chcą pokazać siebie i wioskę, a przez to całą Sri Lankę, z jak najlepszej strony. Wystarczy przystanąć na chwilę przed chatą, żeby przeczekać deszcz lub zawiązać buta, a już częstują herbatką. Nie chcesz herbaty? To przyniosą ci chociaż plastikowe krzesełko, żebyś mógł sobie usiąść. Nieważne, że tylko na pięć minut.

Dzieciaki w Mirissie nie biegają za tobą, powtarzając jak zepsute automaty: „Sweet, bon bon, money, school pen!”. Podchodzą, bo uczą się w szkole angielskiego i chcą pogadać o tych wszystkich ważnych rzeczach w ich życiu; że mają trzy siostry i brata, że woda znowu przełamała falochron z gruzu i zalało im chatę, że kraby tu chodzą, a najstarsza siostra właśnie urodziła baby i musisz koniecznie zajrzeć na podwórko, i zobaczyć baby. Nie, nie proszą o kasę. Największą frajdę sprawia im oglądanie siebie na wyświetlaczu twojego aparatu i fakt, że ich zdjęcie pojedzie aż do Europy.

o mirissie

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Czy to przez zmęczenie długą jazdą TATĄ, czy przez nagłe uderzenie dużej dawki smogu i upału w jednym, w każdym razie wystarczyło 10 minut spaceru z dworca, byśmy z całą stanowczością stwierdzili, że Kolombo nam się nie podoba. Stolica Sri Lanki jest tak chaotyczna, głośna i tłoczna, a przy tym tak duszna, że taki Istambuł, na przykład, może przy niej uchodzić za oazę spokoju.

o kolombo

Na dodatek wszędzie checkpointy. Na każdym rogu, przy każdej ulicy, co krok żołnierze w rynsztunku jak na wojnę. Patrolują, zatrzymują, legitymują, rewidują. Ludzi, samochody i riksze. Wszystko co się porusza, a nie ma szczęścia być bezpańskim psem, może w każdej chwili zostać zatrzymane i poddane rutynowej kontroli w celu zachowania bezpieczeństwa.

W tym samym celu duża część miasta jest wyludniona, zamknięta i nie da się jej zwiedzić. Tam mieszka Pan Prezydent. Ze swojej bezludnej dzielnicy za zasiekami i kordonami uzbrojonych po zęby mundurowych, rządzi narodem, który nachwalić się go nie może. Co i rusz zaczepiają nas na ulicy jakieś dziadki, żeby podzielić się refleksją nad tym, jaki to z Rajapaksy świetny prezydent i jak się teraz bezpiecznie żyje w Kolombo, i jak dawno nie wybuchła żadna bomba w mieście.

Cieszymy się ich szczęściem, ale nawet to nie wystarczy, by zatrzymać nas w tym hałaśliwym, zaspalinionym molochu dłużej niż jedną noc. Przed snem zaliczamy jeszcze nasz przydziałowy checkpoint z szybką rewizją, a nazajutrz uciekamy stąd do Mirissy.

o kolombo

Zanim jednak ruszymy w drogę, udajemy się na śniadanie w naszym mega-tanim i mega-obskurnym schronisku YMCA. Mają bufet. Bufet jest akurat super i jedzą w nim sami lokalsi. Czytam jadłospis na ścianie, wielki jak w PRL-owskich barach mlecznych i oczom nie wierzę, bo jest ryż na mleku. Wreszcie śniadanie na słodko, nie w curry, nie z chilli, nie na ostro. Mój ślinotok robi się tak obfity, że zepsułby wszystkie statystyki Pawłowa. Aż mi się gęba cieszy, gdy dobijam do lady i proszę pomocnego pana nalewacza o ryżyk na mleku. Spodziewam się czegoś w stylu Belriso firmy Zott, a dostaję równiutko przycięty, zbity w suchy blok ryżowy sześcian. Myślę sobie: „To tylko forma” i pytam pana o jakiś sos na słodko. Pan mówi, że ten żółty jest na słodko i nakłada mi czubatą chochlę, wygarniając przy okazji z dna gara wielkie zielone chilli...

Pogrążona w żałobie zjadam więc swoje śniadanie na ostro i idę na stragan kupić kilka z tych najmniejszych i najsłodszych bananów świata, którymi obżeramy się tu niemal bez umiaru.

piątek, 14 stycznia 2011

o mnichach i świątyniach

Generalnie buddyjskie świątynie na Sri Lance nigdy nie są stricte buddyjskie. Buddyzm jest tu tak silnie powiązany w hinduizmem, że nikt chyba nie wyobraża sobie obarczania wszystkimi modlitwami wyłącznie biednego Buddy, który jest w końcu tylko jeden. W zanadrzu kręci się przecież sporo ściśle wyspecjalizowanych bogów, którym można z powodzeniem powierzyć swoje intencje. Nie doprowadzą oni co prawda do samej nirwany, ale dysponują mocami w zupełności wystarczającymi, by zapewnić szczęśliwe pożycie małżeńskie czy pomóc rozkręcić biznes. Tak więc w każdej buddyjskiej świątyni, obok ołtarzy poświęconych Buddzie, znajdują się kapliczki bóstw hinduistycznych, do których chodzi się z konkretnymi problemami. W malutkich przydrożnych chramikach natomiast, pod jednym dachem posążki Buddy siedzą zwykle ramię w ramię ze słoniogłowym Ganeszą lub jadącym na pawiu Kataragamą i żaden z nich wydaje się nie mieć nic przeciwko tamu wyznaniowemu eklektyzmowi.

o mnichach i świątyniach

Jeśli chodzi o posągi samego Buddy, to ogólnie panuje chyba przekonanie, że tym skuteczniejsza modlitwa, im więcej Buddów zgromadzono na metr kwadratowy powierzchni lub im Budda większych rozmiarów. Trochę jak z Polsce z Jezusami.

o mnichach i świątyniach

Pośród tych niezliczonych posągów, w świątyniach można czasem napotkać mnichów. Jaki mnich buddyjski jest, każdy pewnie kiedyś widział. Łysy, bosy, w pomarańczowych szatach, uosobienie spokoju i ubóstwa, personifikacja wycofania z doczesnego świata. Na Sri Lance tacy też na pewno istnieją, ale z szerszej perspektywy sprawa ma się troszeczkę inaczej.

o mnichach i świątyniach

Buddyjscy mnisi dzierżą tu realną władzę polityczną, która bynajmniej nie ogranicza się do posiadania wyznaczonych miejsc, wyłącznie na własny użytek, w środkach komunikacji publicznej. Mnisi zasiadają bowiem w lankijskim parlamencie, gdzie tworzą ultra-nacjonalistyczne ugrupowanie. Skrajnie prawicowi jego członkowie należą do tzw. Kręgu Syngaleskiej Siły, gdzie wyznaje się wyższość syngaleskiej rasy i religii oraz pozdrawia współtowarzyszy, dobrze nam znanym z nazistowskich kronik filmowych, wyciągnięciem ręki.  O tym jak silny jest wpływ „duchowych przywódców” na politykę państwa, może świadczyć choćby fakt, że w 1959 premier Sri Lanki został zastrzelony właśnie przez mnicha. Warto też wspomnieć, że zakończony zaledwie rok temu długotrwały konflikt syngalesko-tamilski, został tak bezwzględnie i krwawo rozwiązany przez władze państwowe głównie z powodu nacisków buddyjskich mnichów, którzy zdecydowanie odrzucali możliwość jakichkolwiek negocjacji.

o mnichach i świątyniach

środa, 12 stycznia 2011

O 5:00 rano dzwoni budzik. Wciąż leje. Lało przez całą noc i nie przestało ani na chwilę od 15:00 poprzedniego dnia, dokładnie od momentu, w którym postawiliśmy pierwszy krok na dalhouskiej ziemi, wysiadając z busa. Przestawiamy budzik na 6:00. Zaczyna świtać, ale w kwestii opadowej nic się nie zmienia. Przestawiamy na 7:00 – znów to samo. Wstajemy, ubieramy się, zjadamy po bułce i odczekujemy do 8:00. Przestało lać jak z cebra, zaczęło padać normalnie. Postanawiamy, że idziemy.

Pół godziny po wyjściu na szlak tryb deszczu przełącza się ponownie na ekstremalny. Nasz super-hiper-trekkingowy sprzęt przemaka w kilkanaście minut. Buty trzymają się tylko trochę dłużej. W końcu też nie wytrzymują hektolitrów lejącej się po nas wody. Chwilę później praktycznie tracimy widoczność. Chmury są tak nisko, że osławione panoramy, jakie można podziwiać w drodze na szczyt, rozciągają się dla nas nie dalej niż na wyciągnięcie ramienia. Przed nami pięć i pół tysiąca stopni w górę do kapliczki z najsłynniejszym (i największym) odciskiem stopy na Sri Lance.

o zdobyciu adam's peak

Początkowo wydaje nam się, że jesteśmy dziś na szlaku sami. Po pewnym czasie okazuje się jednak, że wcale nie. Co i rusz, z rosnącą częstotliwością  zaczynają mijać nas panowie z workami żwiru lub bambusowymi rusztowaniami na głowach. Idą na bosaka. Dwóch ma japonki.

Jak się później okaże, tuż pod szczytem trwa remont schodów i panowie donoszą surowce. Cały dzień zasuwają w tych monsunowych strugach w górę i w dół, po ponad pięciu tysiącach makabrycznie stromych i śliskich jak odwłok ślimaka stopni z dziesiątkami kilogramów na karku. I to bez butów. Kiedy mijamy miejsce robót, żartują w języku migowym, że piękne i rozległe widoki rozciągają się dzisiaj z góry.

o zdobyciu adam's peak

Nas jednak migany sarkazm nie zraża i przemy dalej, chociaż im wyżej, tym wiatr silniejszy i w przemoczonych ubraniach robi się naprawdę niemiło. Kilka razy z całą religijną gorliwością na jaką nas stać, dziękujemy też Buddzie i Samanowi oraz kilku innym bogom i ludziom za metalowe poręcze, dzięki którym udało nam się nie zostać zdmuchniętym w malowniczą ponoć, choć niewidoczną dla nas dolinę.

Gdy docieramy wreszcie na szczyt, chmury są już tak gęste, że przez pewien czas kręcimy się w kółko w poszukiwaniu dzwonków, w które zwyczajowo uderza się na znak, iż kolejny pielgrzym dotarł na wierzchołek świętej góry. W końcu trafiamy na nie po omacku i dzwonimy. Mission completed.

o zdobyciu adam's peak

Sama kapliczka ze śladem jest wyjatkowo nieimponujących gabarytów, coś jak nasza komoda. Przyklejamy się plecami do jej ściany, żeby utrzymać postawę stojącą i uniknąć zwiania. Chcemy zajrzeć do środka – zamknięta, przecież sezon dopiero za dwa tygodnie. Z wnętrza dolatują tylko dwa męskie głosy i jadowity zapach farby olejnej. Pewnie malują ślad Buddy na złoto przed nadchodzącym boomem pielgrzymkowym...

*   *   *

Wieść gminna niesie, że Adam’s Peak wygląda tak:

o zdobyciu adam's peak

My spędziliśmy u jego stóp dwa dni, dwie noce i poranek, i jedyny widok, jaki zapamiętamy wygląda tak:

o zdobyciu adam's peak

piątek, 07 stycznia 2011

dalhousie poza sezonem

Na szczycie Adam’s Peak, na wysokości 2243 m.n.p.m. mieszka bóg Saman. Odrodził się tam wieki temu i postanowił zostać, pewnie ze względu na świetne widoki. Chyba czuł się jednak odrobinę samotny, bo każdemu było do niego daleko i nikt go nie odwiedzał. Pogadał więc z Buddą, żeby ten na wierzchołku góry odcisnął swą stopę i to rozwiązało problem boskiej samotności. Nagle każdego roku do Samana zaczęły wpadać z wizytą setki tysięcy pielgrzymów. My też postanowiliśmy wpaść, szlakiem z Dalhousie.

Dalhousie poza sezonem wygląda jak jedna z tych wymarłych wiosek w starych westernach; droga przez środek, po obu stronach rzędy rozpadających się domów z zabitymi dechami drzwiami i oknami, a w centrum kadru smutny, samotny pies idący powoli ze spuszczonym ogonem.

Sezon pielgrzymkowy zaczyna się dopiero za dwa tygodnie i wygląda na to, że teraz wioska nabiera sił przed najazdem, hibernując głęboko. Gdzie podziewają się wszyscy jej mieszkańcy, nie mamy pojęcia. Z żywych dusz widzimy tylko trzech panów z obsługi pensjonatu, jedną niemiecką turystkę, która ma pokój obok nas i po dwóch sprzedawców na każdy z dwóch otwartych w wiosce sklepików, z których jeden wydaje się sprzedawać tylko wielką kiść bananów.

dalhousie poza sezonem

Leje jak z cebra, ale idziemy przez martwą wioskę, zobaczyć skąd wychodzi szlak. Mijamy gigantycznego, jaskrawo pomarańczowego Buddę, przechodzimy przez mostek nad wzburzoną rzeczką i odnajdujemy początek szlaku. Odnajdujemy też jeszcze jeden sklepik, którego asortyment również nie powala, ale udaje nam się zaopatrzyć w butelkę wody i sześć z siedmiu bułek, jakimi dysponuje sprzedawczyni.

Jutro wstajemy o piątej rano, żeby wrócić z góry zanim chmury opadną i znowu lunie deszcz.

czwartek, 06 stycznia 2011

Jedynym sposobem na dotarcie do Parku Narodowego Horton Plains z Nuwara Eliya jest wynajęcie samochodu z kierowcą. Z Heputale, po drugiej stronie parku, można by na upartego próbować pociągiem, ale potem trzeba by przejść z buta jeszcze 15km. Zważywszy jednak, że w nocy pociągi nie kursują, a w Horton Plains powinno się być krótko po wschodzie słońca, żeby mieć szanse coś zobaczyć, zanim cały płaskowyż zaleje gęsta mgła, w praktyce jest to nie do zrobienia.

Jedziemy tam więc jak wielmoże z naszym własnym kierowcą, który co i rusz ułamkami równoważników zdań opowiada nam o nowozelandzkich krowach na farmie i o rododendronie, że go właśnie mijamy, i o bawołach. Droga jest tak stroma i kręta, że wydaje się niemożliwe, by samochód mógł pod nią podjechać. Ale podjeżdża.

Wjazd do Parku Narodowego strzeżony jest przez szlaban i budkę, gdzie uiścić należy wszelkie opłaty i uzyskać wymagane pozwolenia. Strażnicy przyrody wyglądają tu jak komandosi z Wietnamu i są podobnie uzbrojeni, więc nikt nie ma z uiszczaniem i uzyskiwaniem najmniejszego problemu, choć krew się po cichu burzy, że jako cudzoziemcy uiścić musimy kilkakrotnie więcej niż miejscowi.

Formalności zostają załatwione i dostajemy największy bilet świata, w formacie prawie A3. Składamy go na dziesięć, żeby zmieścił się w kieszeni  i ruszamy dalej, jeszcze 4km do miejsca, skąd wychodzą szlaki.

o horton plains

Kiedy dojeżdżamy, nasz przemiły kierowca pokazuje nam tablicę ze schematyczną mapą parku i mówi, że czekać tu będzie na nas trzy godziny, czyli tyle, ile potrzeba na przejście ogólnoturystycznej dziewięciokilometrowej rundki Mały Koniec Świata – Duży Koniec Świata – Wodospad Bakera. My kiwamy głowami, że piękny to szlak zaiste, ale możemy nie zdążyć w trzy godziny, bo idziemy jeszcze na ten drugi, w kierunku szczytu Kirigalpota. Pan odgrywa, mało przekonująco, rolę zaskoczonego, że niby nic nie wiedział, że robi dziś jakieś nadgodziny i jeszcze raz nam tłumaczy, że się idzie tu i tu, i się zwiedza Koniec Świata. I że wszyscy tak robią. Trochę nas to zaczyna drażnić, bo tracimy czas, więc przypominamy mu tylko naszą umowę z panią kierowniczką i idziemy na szlak. Pan się obraża i idzie do vana.

Horton Plains są ładne, ale nie porażająco piękne (jak choćby chorwackie Plitvice). Odbębniamy więc nasze obowiązkowe kółko, strzelamy fotki na Końcu Świata, który na żywo okazuje się troszkę mniej spektakularny niż w fotoreportażach National Geographic, po czym mówimy strażnikom, że ruszamy w stronę Kirigalpoty. Strażnicy są bardzo przychylni, ale ostrzegają, że szlak może być trudny i wąski, bo nikt tamtędy nie chodzi. Zapominają jednak dodać, że miejscami w ogóle go nie ma, że zarosła go dżungla albo przecinający potok zamienił się aktualnie w szerokie rozlewisko. Brniemy więc w błocie powyżej kostek, przedzieramy się przez dzikie ostępy prekambryjskich rozmiarów skrzypów i paproci, ale idziemy i jest fajnie. Nie wiadomo przecież, kiedy znów będziemy mieli okazję, chodzić po lesie deszczowym.

o horton plains

Idzie z nami pies. Mała suczka tutejszej jedynej rasy – skrzyżowanie pinczera z dingo. Nie wiemy skąd się wzięła i czemu z nami idzie, ale mówimy na nią Liska. Liska parę razy się bardzo przydaje, bo pokazuje nam szlak, który praktycznie nie istnieje, jakby znała to miejsce od podszewki. Poza tym straszy małpy, które uciekają po wierzchołkach drzew, wydając bitewne okrzyki i zjada nam połowę prowiantu (ale oddajemy jej po dobroci). Tylko raz, już w drodze powrotnej musimy ją przenieść przez rzekę, która strasznie szumi  i tak wezbrała w czasie ulewy, że Liska się boi przeskoczyć.

Po półtorej godziny marszu, las robi się deszczowy nie tylko z nazwy. Zaczyna padać, a gdy na Sri Lance zaczyna padać, należy rzucić wszystko i jak najszybciej znaleźć sobie schronienie. Nasze najbliższe schronienie to van oddalony o półtorej godziny drogi i kiedy w końcu do niego docieramy, nie ma już na nas suchej nitki. Mimo tak opłakanego stanu, chwalimy jeszcze Liskę (która gdzieś się ulotniła) przed strażnikami, że taki mądry pies i świetnie zna szlaki, pytamy czy w parku urodzona i wychowana. Strażnicy słuchają, patrzą po sobie, przekrzywiają głowy i mówią, że żadnego psa o nakreślonym przez nas rysopisie nie znają. A w ogóle, to psów na teren parku narodowego wprowadzać nie wolno – dodaje surowym głosem jeden z nich, więc uznajemy za stosowne jak najszybciej zamkąć temat. Grzecznie się żegnamy i wycofujemy na parking w nadziei, że nasz samochód i kierowca wciąż tam jeszcze są.

Pan czekał, ale ma trochę focha. Wracamy więc do Nuwara Eliya w milczeniu, tym razem bez opowieści o życiu krów i bawołów, serpentyną zalaną gęstą jak śmietana kremówka mgłą.

o horton plains

środa, 05 stycznia 2011

Z czym bardziej kojarzy się Cejlon, niż z herbatą? Cała centralna część wyspy (tzw. Hill Country) stanowi w rzeczywistości jedną wielką – zatrudniającą około miliona osób – plantację, z której 95% produktu (w tym nasze ulubione Dilmah i Lipton) eksportowane jest niemal na cały świat.

Herbata na Sri Lance jest sprawą tak oczywistą, że mało kto zdaje sobie sprawę, iż wcale nie wyrosła tu sama. Pierwsze jej nasiona posadzono na cejlońskiej ziemii dopiero w drugiej dekadzie XIX wieku i to w ogrodzie botanicznym. O uprawie na skalę przemysłową pomyślano ponad  40 lat później tylko dlatego, że szybko rozprzestrzeniająca się choroba wyniszczyła wszystkie plantacje lankijskiej kawy. Herbaciane krzaczki sprawdziły się świetnie w tutejszym klimacie, a że lubią rosnąć na dużych wysokościach, żeby mieć chłodno i wilgotno, karczowano pod ich uprawę coraz większe obszary górskich dżungli, na zawsze zmieniając środowisko naturalne wyspy. W rezultacie, dzisiaj cały region Hill Country, choć piękny i zjadliwie zielony, jest niepokojąco jednorodną herbacianą monokulturą, której krajobraz często nie zmienia się ani o jotę przez dziesiątki kilometrów.

o herbacie

Działanie plantacji niewiele zmieniło się od czasów wiktoriańskich. Proces produkcji bardzo trudno zmodernizować, głównie ze względu na rygorystyczne zasady zbioru. Maszyn rolniczych niestety nie udało się do tej pory nauczyć, by z każdego krzaka obrywały tylko trzy szczytowe liście, z których środkowy musi być jeszcze zwinięty w rurkę. Tak więc zbiór herbaty wciąż wymaga ogromnego nakładu pracy ludzkich rąk.

o herbacie

o herbacie

Ludzkie ręce, zbierające cejlońską herbatę, należą w blisko 100% do tamilskich kobiet. Każdego dnia rano wspinają się one na wzgórza należące do plantacji i schodzą z nich dopiero, gdy worek na ich głowie waży 10kg. Wtedy biorą drugi worek i wracają na wzgórza. I tak przez cały dzień, za 13PLN dziennie.

o herbacie

wtorek, 04 stycznia 2011

Znaleźć właściwy autobus na dworcu w Kandy nie jest rzeczą łatwą. Pomijając nawet milczeniem odwiecznie panujący tam chaos, już sama ilość pojazdów zgromadzonych na stosunkowo niedużym prostokącie błotnistego placu manewrowego sprawia, że można się pogubić. Nie tylko w domysłach, ale i całkiem fizycznie.

W myśl zasady „kto pyta, nie błądzi (albo błądzi trochę krócej)”, chodzimy i pytamy. W końcu kierują nas w najdalszy kąt dworca. Idziemy. Autobusy do Nuwara Eliya stoją dwa; jeden normalny, czyli biały, drugi intercity – mały, klimatyzowany busik, o jakich czytaliśmy w przewodnikach, a na jakie nie udało nam się wcześniej natknąć w naturze. Źródła pisane podają, że jazda takim superbusem jest niezwykle komfortowa, gdyż z uwagi na wysokie opłaty biletowe, ten środek lokomocji nie cieszy się szczególną popularnością. Pytamy o cenę – 170 rupii (niecałe 5 zeta). Wsiadamy.

W środku faktycznie luksus. Klima chodzi, kierowca ma buty, każdy siedzi na swoim miejscu, nikt nikomu nie siedzi na kolanach, nie zwisa nad głową, nie leży na ramieniu. Jechać, nie umierać.

Prujemy przestrzeń.

W jednej trzeciej drogi nasz busik nagle staje. Kierowca z konduktorem otwierają klapę w podłodze, pociągają coś w środku, pompują, stukają. Ruszamy. Jedziemy chwilę i znowu to samo. Za trzecim razem zatrzymujemy się przy przydrożnej lepiance.

Jakiś półnagi pan usypuje sobie na podwórku kupki czarnego żwiru. Kierowca i konduktor wyskakują z superbusa, biegną do pana i wszyscy trzej zaczynają latać wkoło lepianki, przewalając graty i puste worki po cemencie. Dzwonią gdzieś z komórki, a  chwilę później przyjeżdża tuk-tukiem dwóch innych panów z półką. Wkładają półkę do autobusu i idą pomóc. Teraz już w pięciu krzątają się po podwórku. Co jakiś czas któryś z nich bezskutecznie próbuje odpalić nieżywy silnik.

W pewnym momencie znikają pod wiatą, po czym wracają z lejkiem i małym kanistrem benzyny. Lejek się nie nadaje, bo jest opiaszczony, więc na prędce konstruują wlew paliwa z gumowej wycieraczki (która też jest opiaszczona, ale mniej). Tankują. Ruszamy i jedziemy dalej. Z półką.

Busik ledwo ciągnie pod górkę, ale udaje mu się dotrwać do najbliższego miasteczka, gdzie... staje dwa metry przed stacją benzynową. Obsługa ochoczo i bez większego zaskoczenia dopycha go do pierwszego z brzegu dystrybutora, a po chwili, napojony odżywczą etyliną, znowu mknie jak strzała przez zielone wzgórza herbacianych plantacji, przez Lebukale do Nuwara Eliya.

superbusem z kandy do nuwara eliya

czwartek, 30 grudnia 2010

Trójkąt Kulturalny to obszar pomiędzy trzema historycznymi stolicami Sri Lanki: Anuradhapurą, Polonnaruwą i Kandy. To w nim mieszczą się najważniejsze i najokazalsze skarby dziedzictwa kulturowego kraju: starożytne miasta, zabytkowe świątynie, górskie twierdze i inne nieocenionej wartości budowle.

Na Trójkąt Kulturalny potrzeba dużo czasu, którym my dysponowaliśmy niestety w ograniczonym wymiarze. Chcąc, nie chcąc, wyselekcjonowaliśmy więc nasze subiektywne Top 3 Trójkąta (poza Kandy), w skład którego weszły Polonnaruwa, Dambulla i Sigiriya.

POLONNARUWA

Polonnaruwa została oficjalną stolicą Sri Lanki w X wieku, czyli mniej więcej wtedy, kiedy Gniezno zostało stolicą Polski. Trzy wieki później, po zaciętych, trwających bez końca walkach wewnętrznych i przynajmniej czterech wyniszczających najazdach indyjskich, zrujnowane miasto zostało opuszczone i stopniowo pochłoniete przez dżunglę. Kiedy po ponad 700 latach odkryto je ponownie i „odbito” przyrodzie, okazało się, że część ceglanych budowli przetrwała niemal bez uszczerbku.

o trójkącie kulturalnym

o trójkącie kulturalnym

o trójkącie kulturalnym

o trójkącie kulturalnym

DAMBULLA

Najważniejszym miejscem w Dambulli jest pięć grot, w których w I w.p.n.e. zdetronizowany przez Tamilów król Vattagamini ukrywał się przez czternaście lat, zanim odzyskał królestwo.  Po powrocie na tron, z wdzięczności za udzielone schronienie, ozłocił jaskinie, pokrył ich ściany świętymi malowidłami, a całą skałę przekształcił w miejsce religijnego kultu.

o trójkącie kulturalnym

Dambulla ma też całkiem nowoczesną Złotą Świątynię, która pełni jednocześnie rolę Muzeum Buddyzmu. Złota Świątynia stanowić może pewne wyzwanie dla co wrażliwszej, nawykłej do skromniejszych standardów estetycznych psychiki. Trudne przeżycia mogą zostać złagodzone przez wcześniejsze przestrojenie się na standardy licheńsko-świebodzińskie.

o trójkącie kulturalnym

SIGIRIYA

Dawno, dawno temu, bo przed szesnastoma wiekami, Sri Lanką rządził król Dhatusena. Miał on dwóch synów, Kassapę oraz Mogallanę, który był prawowitym następcą tronu. Zazdrosny Kassapa nie chciał się jednak pogodzić z faktem, iż to jego brat odziedziczy królestwo. Zebrał więc oddział rebeliantów, ojca zamurował żywcem w komnacie, Mogallanę wypędził aż do Indii, a sam siebie ogłosił nowym władcą.

Mogallana jednak, stworzywszy na wygnaniu armię tamilskich najemników, szykował się do walki o swoje dziedzictwo. Kiedy Kassapa dowiedział się o tym, na 200-metrowej skale zbudował niezdobytą twierdzę, w której żył odtąd opływając w luksusy i rozkosze wraz ze swoimi sześćdziesięcioma konkubinami. Twierdzę nazwano Sigiriya, co znaczy Lwia Skała, a u jej stóp wyrosło potężne miasto.

o trójkącie kulturalnym

o trójkącie kulturalnym

W roku 491, armia Mogallany zjawiła się wreszcie na równinie pod twierdzą. Pewny siebie Kassapa, zamiast bronić się zza cyklopowych murów na szczycie skały, osiodłał bojowego słonia i poszarżował przeciwko bratu na czele swych oddziałów. Niestety, w ferworze walki słoń samozwańczego króla spłoszył się i przebiegł galopem przez zwarty szyk wroga. Żołnierze Kassapy pomyśleli, że ich dowódca ucieka z pola bitwy i zdezorientowani podali tyły. Kassapa widząc, że został odcięty od swojej twierdzy i armii, popełnił samobójstwo.

Po odzyskaniu królestwa, Mogallana oddał Lwią Skałę mnichom, by od tej pory służyła już tylko zbożnym celom.

o trójkącie kulturalnym

środa, 29 grudnia 2010

Jak pisaliśmy wcześniej, w samym centrum Kandy znajduje się sztuczne jezioro. Biorąc pod uwagę jego skromne rozmiary, stopień zasyfienia i obetonowania, jest ono habitatem dla porażającej wręcz ilości i rozmaitości zwierząt. Nie będziemy się tu rozwodzić nad obecnością najbardziej oczywistych w tym środowisku przedstawicieli fauny, takich jak gigantyczny karp śmieciolubny czy pies bezpański przyjeziorny. Skupimy się natomiast na gatunkach bardziej charakterystycznych dla ekosystemu kandyjskiego.

Najbardziej narzucającym się (dosłownie i w przenośni) elementem tegoż ekosystemu są ptaki. Główną tego przyczyną jest prawdopodobnie fakt, iż miasto leży na granicy rezerwatu Udawattakele, znanego przede wszystkim ze swej bujnej ptasiej populacji. Wygląda jednak na to, że zamiast rozkoszować się spokojem zielonego sanktuarium, wszystkie ptaki rezerwatu przesiadują raczej na drzewach wokół miejskiego stawu. Przejście pod nimi deptakiem przebiega więc w stresującej atmosferze ustawicznego zagrożenia bombardowaniem ptasią kupą i powinno się odbywać możliwie jak najszybciej, zwłaszcza rano i wieczorem. W tych dwóch porach doby przemarsz brzegiem jeziora jest dodatkowo wzbogacony o niezbyt przyjemne doznania zapachowe i słuchowe. Pierwsze spowodowane są nagromadzeniem niewyobrażalnej ilości ptasich odchodów i mokrego pierza na chodniku, drugie – straszliwym jazgotem tysięcy dziobów, które w pojedynkę wydają być może słodkie trele, wszystkie razem jednak powodują chaos dźwiękowy, skutecznie uniemożliwiający komunikowanie się z osobą idącą tuż obok.

Oprócz ptaków, drzewa okupują także nietoperze. Nie takie skrzydlate myszy, jakie z rzadka przemykają w bladym świetle latarni europejskich miast. W Kandy z gałęzi zwisają latające lisy. Zwisają tak gęsto, że my - nieświadomi niczego turyści z dalekiego Północo-Zachodu, - w wieczornym półmroku długo braliśmy je za liście.

o faunie miejskiej kandy

o faunie miejskiej kandy

Latające lisy są wielkie i ciężkie. Latają powoli, ospale machając błoniastymi skrzydłami, przez co wyglądają w locie jak pterodaktyle.

Bliżej ziemi, nad kandyjskim jeziorem można się natknąć na jaszczurki. Jaszczurki są różnych gatunków i rozmiarów. Bywają małe i kolorowe, śmigające zygzakiem na szeroko rozstawionych nogach...

o faunie miejskiej kandy

... albo nieporuszające się wcale, leżące niczym półtorametrowe kłody, jak ten waran, którego zobaczyliśmy dopiero, gdy już prawie na niego nadepnęliśmy. Okazało się, że był tam z kolegami.

o faunie miejskiej kandy

Czasem dzieci przychodzą nad wodę karmić warany kawałkami kurczaka.

Na koniec, są jeszcze w Kandy makaki – mało sympatyczne małpki z fryzurą na pazia. Makaki chodzą po mieście wieloosobowymi gangami, popychając łydki ludzi, którzy nieopatrznie staną im na drodze, jedząc co się da i kradnąc co się da. Przestępstwa makaków popełniane są w biały dzień, ze szczególną bezczelnością. Nie ograniczają się bowiem do zjadania kwiatów z ołtarza lub porywania paczek chrupków z parkowych ławek. Makaki zdobywają swój łup przemocą, wyrywając torebki starszym paniom, plecaki zaskoczonym turystom, ściągając czapeczki z głów niemowląt i ich ojców. Jednym słowem, dla makaków nie ma świętości. Makaki rządzą nadjeziornym światkiem Kandy i są spokojne o to, że żaden inny gatunek szybko nie zagrozi ich nadrzędnej pozycji w mieście.

o faunie miejskiej kandy

wtorek, 21 grudnia 2010

Zanim Budda narodził się jako człowiek, był zającem.

Któregoś dnia przez las, w którym mieszkał wraz z małpą i lisem, przechodził pewien święty mąż. Znurzony trudami wędrówki i zmorzony głodem, przysiadł pod drzewem i poprosił trzy zwierzęta o poczęstunek. Małpa przyniosła mędrcowi owoce, lis rybę. Tylko zając nie potrafił znaleźć nic poza trawą. Nie mógł jednak znieść widoku głodnego starca, więc gdy tylko ten rozpalił ogień, zając rzucił się w niego, poświęcając własne ciało jako strawę.

Wówczas okazało się, iż pod postacią pobożnego mędrca, ziemię przemierzał sam bóg Indra, który poruszony ofiarą zająca, utrwalił jego unoszący się z dymem wizerunek na tarczy księżyca, gdzie widnieje do dziś. Dusza zwierzątka odrodziła się później w ciele księcia Siddarthy Gautamy, który został Buddą.

Upamiętnieniem tej historii są przedstawienia zająca na księżycu umieszczane na drzwiach lub zewnętrznych ścianach buddyjskich świątyń, szczególnie częste w rejonie Kandy i w samej Świątyni Zęba.

o zającu na księżycu

poniedziałek, 20 grudnia 2010

o radży tuskerze ze świątyni zęba

W Kandy nad jeziorem jest świątynia. W tej świątyni jest komnatka ze srebrnymi drzwiami. W komnatce, zamknięta na siedem spustów, stoi zaś złota szkatuła. Mieści się w niej sześć kolejnych, coraz mniejszych szkatuł, z których ostatnia kryje w sobie największy skarb Sri Lanki. To Ząb Buddy, który po tysiącleciu nieprawdopodobnych i nader burzliwych losów, trafił wreszcie do Kandy, czyniąc z tutejszej świątyni najważniejszy ośrodek kultu.

Raz do roku odbywa się tu Esala Perahera – niezwykle huczna, acz pobożna procesja, w której Ząb (choć teraz już tylko replika) w towarzystwie armii świątynnych bębniarzy oraz różnej maści tancerzy-akrobatów, z poświęceniem wachlowany chwostami z ogona jaka, objeżdża wokół miasto na grzbiecie strojnego słonia.

o radży tuskerze ze świątyni zęba

Słoń to musi być nie byle jaki. Przede wszystkim tylko samiec godzien jest nosić tę świętą relikwię. Kły są obowiązkowe, a trzeba wspomnieć, że ledwie 10% azjatyckich słoni może poszczycić się ich posiadaniem. Dodatkowo jeszcze wymóg najostrzejszy: słoń odpowiedni do noszenia Zęba, stojąc na wszystkich czterech swoich nogach, powinien jednocześnie ziemi, na której stoi dotykać trąbą, penisem i ogonem. Podobno coraz trudniej o takiego słonia.

o radży tuskerze ze świątyni zęba

A był kiedyś w świątyni słoń doskonały. Jedyny, niezastąpiony Radża Tusker, który nosił relikwię przez ponad pół wieku, nim zmarł ze starości 22 lata temu. Dzień jego śmierci lankijski rząd ogłosił dniem żałoby narodowej. Potem zbudowano mu jeszcze mauzoleum. Dziś stoi w nim dumnie (i trochę upiornie), a tłumy wiernych, prosto ze Świątyni Zęba, przychodzą pomodlić się do szklanej gablotki, w ciszy i z namaszczeniem, należnym tylko bogom.

o radży tuskerze ze świątyni zęba

niedziela, 19 grudnia 2010

o słoniach z pinnewala

Sierociniec dla słoni w Pinnewala został założony 35 lat temu dla pięciu sierotek znalezionych w dżungli. Miał wtedy służyć tymczasowej opiece nad zwierzętami, które nie radziły sobie na wolności, zbyt młodymi lub rannymi. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Ośrodek został  atrakcją turystyczną i trudno oprzeć się wrażeniu, iż sierocińcem jest już tylko z nazwy. Chociaż faktycznie zapewnia się tu schronienie przynajmniej dwóm kalekim słoniom (oślepionemu przez postrzał kłusowników olbrzymiemiu samcowi oraz smutnej trójnogiej ofierze miny), to zaryzykowalibyśmy stwierdzenie, że wszystkie słoniowe oseski, trzy razy dziennie pojone mlekiem ku uciesze tłumów, urodziły się tutaj, w niewoli. Stado liczy już niemal 60 osobników i żaden z nich nigdy nie będzie żył w naturze.

Życie słoni w Pinnewala składa się z nieustających sesji karmienia butelką przez rozczulone turystki, regularnych przemarszy między sklepami z pamiątkami, nader częstych dwugodzinnych kąpieli w pobliskiej rzece i pozowania do zdjęć pod czujnym okiem panów z bosakami, których słonie boją się tak bardzo, że szczegóły ich „treningu” strach sobie wyobrażać. I tak codziennie od 9.00 do 18.00.

Oprócz grubych łańcuchów pobrzękujących na słoniowych nogach, dodatkowo przeszkadza w zwiedzaniu Pinnewali całkowity brak nuty merytorycznej. Na próżno szukać by tu jakiejkolwiek informacji o funkcjonowaniu ośrodka albo jego podopiecznych. Żadnych tabliczek, gablotek, napisów. Żadnych prób przybliżenia turystom słusznej słoniowej sprawy. Żeby dowiedzieć się czegoś o tych słoniach, trzeba przeszukać internet, przewertować przewodniki. Najważniejszą misją pracowników sierocińca jest natomiast aranżowanie jak najlepszych kadrów za niewielką opłatą.

o słoniach z pinnewala

o słoniach z pinnewala

sobota, 18 grudnia 2010

Nieodłącznym atrybutem każdego Lankijczyka jest parasol. Żaden szanujący się mieszkaniec wyspy, niezależnie od pogody, nigdy nie opuszcza domu bez tego urządzenia. Pośród wielu zastosowań parasola, najważniejszym jest oczywiście ochrona przed niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi. Kiedy skwar leje się z nieba, parasol niezawodnie osłania przed słońcem. Kiedy pada, spełnia swą oczywistą funkcję przeciwdeszczową i warto dodać, że w klimacie podrównikowym sprawdza się lepiej, niż najlepsza peleryna. Po pierwsze dlatego, że opadom rzadko towarzyszą wiatry, więc zagrożenie, iż parasol wywinie się na lewą stronę i połamie jest nikłe. Po drugie, ponieważ w czasie deszczu nadal jest strasznie gorąco. Człowiek czuje się jak oblewany ciepłą zupą, ubranie oblepia ciało, a kurtka (nawet z najlepszą membraną) sprawia, że skórze jeszcze trudniej oddychać. Tak więc parasol rządzi.

W tym sezonie w modzie jest model zielono-niebiesko-żółto-czerwony. Jak wyspa długa i szeroka, nad morzem i w górach, w miastach i na wioskach, prawie wszyscy noszą takie właśnie parasole.

o parasolach

Trzeba jeszcze wspomnieć, że Lankijczycy boją się deszczu jak ogni piekielnych. Wystarczy, że z nieba spadnie parę kropel, by wszyscy dobyli parasoli. Wystarczy kilka kropli więcej i zaczynają uciekać w popłochu. Fakt, że na Sri Lance deszcze bywają potworne, a drobny kapuśniaczek jest zawsze tylko zapowiedzią oberwania chmury. Mimo wszystko ten zbiorowy paniczny lęk przed zmoknięciem wydawał nam się nieco na wyrost.

21:20, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 grudnia 2010

Najpopularniejszym środkiem transportu na Sri Lance jest tuk-tuk, czyli motoriksza. Tuk-tuki dzielą się na towarowe i osobowe, przy czym te ostatnie w przeważającej liczbie pełnią rolę taksówek, które w żadnej innej formie w tym kraju nie istnieją. Pytanie: „Need a taxi?” jest najczęściej padającą frazą na ulicach lankijskich miast i zawsze, bez wyjątku oznacza: „Czy podwieźć cię gdzieś motorikszą?”. Postoje taksówek wyglądają jak poniżej, ale naprawdę nie ma potrzeby ich szukać, gdyż z reguły to taksówki pierwsze znajdują swoich pasażerów. Często zanim ci zdążą choćby pomyśleć, że potrzebują taxi.

o tuk-tukach

Bez względu na to, czy dany tuk-tuk wozi ludzi, czy worki manioku, jego karoseria jest zawsze odzwierciedleniem estetycznej wrażliwości właściciela oraz manifestem jego filozofii życiowej. Tuk-tuki są więc bogato zdobione frędzelkami, naklejkami, sztucznymi kwiatami i fluorescencyjnymi gadżetami, świecącymi na różne kolory z różną częstotliwością. Oprócz tego pokrywają je napisy o głąbokiej treści egzystencjalno-moralnej, które w zależności od zapatrywań religijnych kierowcy, mogą brzmieć: „Jezus zawsze zwycięża”, „Nie ma boga nad Allaha”, „Buddyzm drogą do wolności” lub „God bless Barack Obama”. Zdarzają się też hasła bardziej uniwersalne typu: „Uczciwość najlepszą polisą” czy „Życie nie jest usłane różami”. Pomimo drobnych różnic światopoglądowych, wszyscy tuk-tukowcy wyznają jednak przede wszystkim filozofię bezwzględnego korzystania z okazji do maksymalizacji zysku. Potrafią przy tym załatwić wszystko, od noclegu po wycieczkę objazdową wokół kraju (co jest pomysłem dość optymistycznym, zważywszy możliwości trzykołowego pojazdu z zasłonką zamiast drzwi i silnikiem niewiele mocniejszym od kosiarki).

Częstą praktyką jest zawieranie sojuszy między rikszarzami i właścicielami hoteli, którzy płacą drobną prowizję, za każdego dostarczonego pod drzwi przybytku gościa. Prowizja, choć niewielka, musi być korzystniejsza, niż opłata za przejazd, bo taksówkarze wolą zawieźć cię za darmo, niż dać ci się przespać w innym miejscu.

W Mirissie daliśmy się namówić na darmową podwózkę trzysta metrów, żeby chudy taksówkarz bez zębów mógł dostać swoją działkę. Decyzja okazała się zgubna w skutkach, bo kierowca o skłonnościach psychopatyczno-maniakalnych prześladował nas bez wytchnienia przez trzy kolejne dni. Widmo zielonego tuk-tuka było pierwszą rzeczą, jaką widzieliśmy rano, gdy otwieraliśmy oczy i ostatnią jaka migała za oknem przed snem. Prawdziwie osaczeni poczuliśmy się jednak dopiero, gdy natknęliśmy się na niego w środku bananowego lasu na górce za wsią.

o tuk-tukach

czwartek, 16 grudnia 2010

Po lankijskich drogach jeżdżą trzy rodzaje autobusów: czerwone, białe i luksusowe. Te ostatnie występują niezmiernie rzadko, toteż nie będziemy się nimi zajmować jako kategorią. W późniejszym czasie poświęcimy natomiast wpis egzemplarzowi, z którym splotły się nasze losy.

o autobusach

Autobusy czerwone to te państwowe, najwolniejsze i najbardziej zdezelowane. Białe ekspresy są w lepszym stanie technicznym, więc poruszają się troszeczkę szybciej. Niewiele jednak, bo nie na wiele pozwala nawierzchnia (średnia prędkość  jazdy wynosi oszałamiające 30 km/h). 100% autobusów jest marki TATA i wszystkie wydają się pamiętać czasy kolonialne. Prawda jest taka, że niezależnie od koloru, żaden z tych wehikułów pod żadnym względem nie nadaje się do ruchu drogowego i według żadnych znanych nam standardów nie powinien być do niego dopuszczony. Standardy jednak to pojęcie względne.

Najlepiej funkcjonującą częścią tutejszych autobusów jest radio oraz wielkie kolumny rozmieszczone równomiernie ponad siedzeniami. Z kolumn przez całą drogę i w czasie postojów płynie syngaleskie disco polo. Z głośnością, która wprawia szyby w wibracje i trwale uszkadza błony bębenkowe. Dobrze też działają autobusowe ołtarzyki – umieszczone tuż obok kierowcy neonowe panteoniki bóstw o estetyce automatów do gry z elementami choinkowymi.

o autobusach

Lankijskie autobusy zawsze jeżdżą z otwartymi drzwiami. Początkowo sądziliśmy, że to forma wentylacji, szybko jednak empirycznie przekonaliśmy się o prawdziwej tego przyczynie. Otóż drzwi pozostają otwarte, aby w czasie jazdy nadmiar masy ludzkiej ze środka pojazdu mógł swobodnie zwisać przez nie na zewnątrz.

Załoga autobusu składa się z kierowcy i konduktora. Konduktor sprzedaje bilety i upycha pasażerów w taki sposób, aby we wnętrzu TATY nie marnował się ani jeden milimetr kwadratowy przestrzeni, ani centymetr sześcienny powietrza. Konduktor ma przy tym także zdolności ninja, gdyż nawet w tak skrajnie nieprzychylnych warunkach potrafi, tylko sobie znanymi sposobami, przecisnąć się z jednego końca pojazdu w drugi, aby zaopatrzyć każdego w stosowny bilet.

Funkcja kierowcy nie wymaga obszernych tłumaczeń. Na Sri Lance kierowca, gdy prowadzi jest z reguły bosy i żuje betel, przez wiele kilometrów bezustannie plując przez okno czerwono-brązową mazią. Jego siedzenie, wraz z gigantyczną pokrywą silnika, otoczone jest niską barierką, za którą podróżni układają swoje torby i tobołki. W rezultacie kierowca prowadzi autobus zabudowany z jednej strony ustawicznie rosnącą ścianą bagaży, które co jakiś czas opadają mu na lewe ramię i dźwignię zmiany biegów. Mniejsze bagaże układa się wzdłuż przedniej szyby na desce rozdzielczej.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć, że podróżowanie autobusami na Sri Lance, nawet jak na tutejsze warunki, jest kuriozalnie tanie. Za około trzy złote można tu spokojnie przejechać 150 km. To jakieś 4,5 godziny jazdy.

o autobusach

środa, 15 grudnia 2010

Krabiki ninja czają się w ciemnościach. Doskonale wtopione w otoczenie trwają bezszelestnie w bezruchu, dopóki się nie zjawisz, a kiedy tylko wyczują twoją obecność, są szybsze niż błyskawica...

Na Sri Lance słońce dość wcześnie zachodzi. O szóstej po południu jest już praktycznie ciemno. „Ciemno” na plaży w Negombo oznacza mrok absolutny – czarno z ledwie uchwytnymi przebłyskami szarości. Żadnej promenady rozświetlonej latarniami, żadnego błyszczącego neonami molo. Intuicyjnie da się jednak wyczuć granicę między morzem a lądem, spacer jest więc możliwy.

Idziemy. Nie widać nic, morze szumi. Palcami bosych stóp macamy załomy w piasku, żeby się nie wypierdzielić. Jest ciepło i romantycznie.

Po pewnym czasie zaczynamy mieć niejasne wrażenie, że grunt porusza nam się pod nogami. Przed nogami, właściwie. Bardzo szybko, jakby czmychał. Wytężamy oczy, które jednak w negombijskich ciemnościach są całkiem bezużyteczne. Na szczęście jest z nami niezawodna latarka-czołówka. Odpalamy, świecimy i okazuje się, że ziemia, po której stąpamy pokryta jest zwartą warstwą krabów.

Kraby są w kolorze piachu, w rozmiarach od mikroskopijnego do wielkości dłoni. Kiedy zapada zmrok, wyłażą ze swoich norek i siedzą na plaży tak długo, aż jakaś stopa nie zawiśnie tuż nad nimi. Wtedy z prędkością japońskiego poduszkowca rzucają się... do ucieczki, co przy ich ogromnej ilości wygląda jak koncentrycznie rozchodząca się fala. Scena jak z horroru, gdyby krabiki były straszne i krwiożercze. Ale nie są.

Z przyczyn oczywistych sfotografowanie krabików ninja jest niemożliwe, wstawiamy więc zdjęcie nieporównywalnie wolniejszego krabika murkowego z Mirissy.

o krabikach ninja

I jeszcze malutkiego kraba pustelnika.

o krabikach ninja

wtorek, 14 grudnia 2010

Lankijska kuchnia funkcjonuje pod znakiem absolutnej i niepodzielnej supremacji curry.

Tradycyjne śniadanie składa się ze string hoppersów (kulek z ryżowego makaronu) lub roti (rodzaju naleśnika) z sambolem (pastą z kokosa, cebuli i chilli) oraz jajka/ryby/kurczaka/wołowiny w curry. Na obiad zwykle jada się ryż z którymś z powyżej wspomnianych curry, a na kolację to samo, co na obiad, albo roti z curry. Doskonały deser stanowią chipsy z manioku i markizy z nadzieniem curry.

Pomimo pewnej monotonii smaku, jedzenie na Sri Lance jest smaczne. Oczywiście pod warunkiem, że komuś nie przeszkadza fakt, iż jest ostre. Bardzo ostre. I pisząc „ostre” nie mamy bynajmniej na myśli poziomu ostrości europejskich sosów pikantnych, lecz poziom graniczący z progiem jadalności.

Poważnym minusem lankijskich potraw jest niesłychanie długi czas ich przygotowania. W przypadku śniadania to przeciętnie 45 minut, obiadu – półtorej godziny. Gwarancja świeżości okupiona niemal śmiercią głodową, ale czekać warto.

o jedzeniu

My, z racji częstego przemieszczania się po kraju, nie zawsze możemy pozwolić sobie na komfort oczekiwania. Często polegamy więc na gotowych przekąskach sprzedawanych z ulicznych budek lub wprost z wielkich koszy na dworcach, w autobusach i w pociągach. Absolutnym hitem śniadaniowym są dla nas pączki z cebulą. Pycha! Oprócz tego mleczne bułeczki z farszem swą pikantnością wypalającym oczy, do których przywyka się po kilka dniach regularnej konsumpcji. Bułeczki mają różne nadzienia: z jajkiem, z warzywami, z rybą... Nie należy jednak dać się zwieść pozorom, ponieważ wszystkie te składniki i tak są w curry.

o jedzeniu

23:28, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »

wtręt feministyczny

Od Agi:

Na Sri Lance jestem systematycznie ignorowana. O wiele bardziej, niż w ustawowo muzułmańskim Maroku. Chwilami czuję się jak niewidzialny dodatek do osoby Bartka. To do niego kierowane są wszystkie pytania i rozmowy. Każde zdanie kończy się na „sir”, każda najmniej istotna sprawa wymaga jego zgody. Niejedna riksza nie raz przejechała mi prawie po nogach, żeby spytać Bartka, czy nie potrzebujemy podwózki. Jego bagaż jest zawsze zanoszony do pokoju, podczas gdy ja swój dźwigam na plecach. Kiedy otwieram drzwi w hotelu, kelner wspina się na palce i ponad moim ramieniem pyta, czy obiad ma być bardzo, czy średnio pikantny, a gdy okazuje się, że nie ma już zupy, którą zamówiłam, ja zostaję poinformowana, że jej dzisiaj nie zjem, Bartek natomiast otrzymuje przeprosiny i rozległe sprawozdanie z harmonogramu dostaw warzyw i stanu hodowli pomidora w kraju.

Poza tym Bartek musi być ziszczeniem lankijskiego kanonu męskiego piękna. Już w samolocie z Bahrajnu ktoś pyta, czy nie jest przypadkiem aktorem, bo mógłby przysiąc, że widział go na szklanym ekranie. Później na wyspie wiele razy młodzi mężczyźni kierują do niego to samo pytanie, a zapewnieni po kilkakroć, że nie, na pewno nie jest, twierdzą, że szkoda, bo być powiniem. W Kandy jakiś chłopak wbiega za nami do spożywczaka tylko po to, by skomplementować Bartka urodę. W Sigiriya grupka wystylizowanych elegantów w złotych okularach podziwia jego piękne włosy, a w drodze do Hatton pozuje nawet do zdjęć z pasażerami autobusu.

Przede wszystkim musimy rozwiać powszechnie panujący mit, iż na Sri Lance można się bez problemu dogadać po angielsku. Otóż nie można. Pomimo faktu, że obok syngaleskiego i tamilskiego, angielski jest tu językiem urzędowym, mało kto mówi lub rozumie więcej, niż kilka podstawowych słów. O informacje bardzo trudno i nawet pracownicy tak tłumnie uczęszczanych przez turystów miejsc jak lotnisko, muzea czy parki narodowe rzadko służą jakąkolwiek pomocą w formie przekazu ustnego.

Dość poważnym wyzwaniem jest dla podróżnych odnalezienie właściwego autobusu na dworcu, który z reguły wygląda jak wielki, tętniący klaksonami, buchający spalinami kocioł zardzewiałej stali. Tylko najbardziej luksusowe wehikuły mają tabliczki z nazwami miejscowości zapisanymi alfabetem łacińskim. Może właśnie dlatego „Rough Guide” zaleca uprzednie opatrzenie się z miejscowym zapisem nazw miast i wsi, do których się wybieramy. Zapamiętanie ich wydaje się jednak graniczyć z cudem zważywszy, iż tak syngaleskie, jak i tamilskie litery przeciętnemu Europejczykowi absolutnie z niczym się nie kojarzą.

o trudnej sztuce komunikacji

Na domiar złego akcentowanie i intonacja okazują się niezmiernie istotne dla Lankijczyków. Tak więc „KegAlle” nie jest dla nich tym samym, co „KEgalle”. „KegAlle” w ogóle nie istnieje, więc oczywiste jest, że nie jedzie tam żaden autobus, więc nic dziwnego, że nikt nie rozumie, o co właściwie pytasz.

o lankijczykach

Lankijczycy są wyjątkowo mało namolni w kwestii napastowania turystów. Stopień natarczywości sprzedawców, ulicznych artystów i świadczycieli usług wszelakich jest tu znacznie niższy, niż w innych krajach, jakie odwiedzaliśmy. Pewne zagęszczenie nagabywaczy na spektakle kandyjskiego tańca pseudotradycyjnego można napotkać pod Świątynią Zęba w Kandy, ogólnie jednak jako cudzoziemcy czujemy się na Sri Lance zdecydowanie niezaszczuci.

Dużo bardziej męcząca jest lankijska ciekawość. Mieszkańcy wyspy są pod tym względem trochę jak dzieci, które zbiegają się ze wszystkich stron i przepychają jeden przez drugiego, gdy tylko wydarzy się coś w najmniejszym choćby stopniu odbiegającego od codziennej rutyny (jak wypadek autobusu lub para białasów pytających o drogę). Kiedy wypatrzą w tłumie bladą twarz, przyczepiają się do jej posiadacza i drepczą za nim dokądkolwiek by się nie udał, bombardując po drodze setką pytań. Spotkanie tradycyjnie zaczyna się pytaniem zaczepnym: „You’re from, sir?”, po którym następuje pytanie zagajające: „Sri Lanka good?”, po czym jak z automatu pada seria pytań na tematy różne w nieustalonej kolejności.

Opowiadanie historii swojego życia przypadkowo napotkanym ludziom po kilka razy dziennie początkowo wydaje się nam uciążliwe, a bezustanne powtarzanie, że jesteśmy z „Poland” przez „P”, nie z „Holland” - nawet irytujące. Z czasem jednak, zaskoczeni pytaniami o to, czy Polacy mówią jeszcze jakimiś językami poza angielskim i czy wszyscy w naszym kraju są buddystami, uświadamiamy sobie, jak egzotycznym krajem dla Lankijczyków musi być Polska i wybaczamy im tę nieposkromioną ciekawość. W końcu cóż innego przygnało nas do ich kraju?

o lankijczykach

00:01, los2vagabundos
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010

Na Sri Lance pora deszczowa jest zawsze. Po prostu przez pół roku jeden monsun obejmuje południowo-zachodnią część wyspy, po czym nadciąga drugi, który na kolejne sześć miesięcy zawisa nad północno-wschodnim wybrzeżem. Oznacza to dużo deszczu. Jednocześnie jednak oznacza również, że w teorii zawsze gdzieś na Sri Lance jest piękna, słoneczna pogoda.

Kiedy nie pada, wyspa potrafi być nieznośnie gorąca. Duża wilgotność powietrza sprawia, że nawet w bezdeszczowe dni jest straszliwie parno. Ciało staje się lepkie, wilgotne ubrania nie schną, a o każdy oddech walczy się jak ryba wyrzucona z wody. Taka pogoda powinna o tej porze roku panować na zachodnim i południowym wybrzeżu. Teoretycznie...

W praktyce natomiast, jak powszechnie wiadomo, meteorologia się rzadko sprawdza. My odwiedzamy cztery różne regiony wyspy, z których dwa, według wszelkich wskazań, powinny właśnie cierpieć upały. Wszędzie jednak mokniemy tak samo. Pewien chłopak z Dalhousie mówi nam, że po tsunami wszystko się pomieszało i teraz nikt już nie potrafi przewidzieć pogody na Sri Lance. Dlatego pada, choć nie powinno. Dlatego nieprzygotowanym mieszkańcom południa zalewa drogi i podtapia domy. Faktycznie widzimy później, jak na swoich podwórkach brodzą po kolana w wodzie i nagle brak opalenizny przestaje być dla nas problemem.

czasem słońce, częściej deszcz

23:58, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »
Akcja: Nie kradnij zdjęć!